Od jakiegoś czasu lubiłem przechadzać się po Łódzkim ogrodzie zoologicznym, zwłaszcza wtedy, kiedy nie było w nim ludzi, no, najwyżej kiedy było ich stosunkowo mało. Nie lubię ludzi. Nie przychodziłem także do owego „zoo” dla celów bardziej „turystycznych”. Nie skreślajcie mnie za te odwiedziny, nie patrzyłem na „te śmieszne zwierzęta co tak śmiesznie skaczą po klatkach”. Nie patrzyłem na nie także po to, by się o nich dowiedzieć czegoś nowego, po częstych wizytach wiedziałem chyba już o wszystkich gatunkach występujących tam. Od żyraf, przez kameleona jemeńskiego, po lwy azjatyckie. Te ostatnie lubiłem najbardziej. Dlaczego? Bo nic mnie nie rajcowało bardziej, niż ich spojrzenie na mnie, gdy dookoła nie było nikogo innego, tylko ja i lwy. W takich chwilach ogrodzenia, siatki czy fosy znikały, byłem tylko ja, i one. Nie liczyły się ograniczenia fizyczne, przeszywaliśmy się wzrokiem nie ruszając ani na krok, w czasie tej krótkiej chwili ja, lwy, skały dookoła uformowane w ich wybieg, drzewa zasadzone dla realizmu i sroka podkradająca resztki obok najedzonych drapieżników, łączyliśmy się w jedność, czułem że też jestem lwem, a te lwy też są ludźmi. Nawet pieprzony beton pod moimi zniszczonymi butami nie był tym, czym na co dzień, pod stopami gapiów zlewających się w jedną, plastikowo-organiczną masę przelewaną przez uliczki ogrodu zoologicznego. Czułem każdy krok lwa, i wiedziałem że on także czuje każdy mój krok jako swój. Zrozumiałem wtedy, na co patrzę. Na co patrzyłem? Czym wtedy byłem? Patrzyłem na ponury dowcip losu, parodię cywilizacji w jej własnym wnętrzu. Te lwy nie urodziły się na wolności, urodziły się w niewoli, wśród ludzi, betonu i błysków fleszy. Nie pragną wolności, bo jej nie znają, żyją w cieple, z dostatkiem jedzenia i w towarzystwie innych osobników swojego gatunku.
Nie pragniemy wolności, bo jej nie znamy, żyjemy w cieple, z dostatkiem jedzenia (choć nie zawsze) i w towarzystwie innych osobników swojego gatunku. Nie przeszkadza nam, że jesteśmy zamknięci w teoretycznie otwartej klatce swoich mieszkań, miast krajów i całej cywilizacji. Nie potrzebujemy jej opuszczać, tu nam dobrze, jednak jesteśmy niewolnikami. Jesteśmy niewolnikami narkotyku, zwanego wygodą i komfortem, czyli ogólnie cywilizacją. Większość z nas od cywilizacji jest uzależniona i w sumie nie potrzebujemy tego zmieniać. Jednak nie wiemy o tym, że tworzymy z wszystkim dookoła symbiotyczny organizm, i nie dopuszczamy do siebie myśli, że cywilizacja, jak każdy narkotyk, powoli wyniszcza cały organizm, chociaż jako ćpun, ludzkość jeszcze tego w pełni nie doświadczyła. Efekt cieplarniany, skażenia środowiska (nie zawsze odległego od masowych, ludzkich siedzib) i tak dalej, zresztą sami o tych kataklizmach dobrze wiecie z mediów. Niestety, większość narkomanów obwinia problemami zdrowotnymi przyczyny, które nie uniemożliwią dalszego ćpania. Bagatelizujemy zagrożenia, a gdy tylko się spełniają, obwiniamy o katastrofy czynniki, na które nie mamy wpływu. Tak naprawdę mamy wpływ na wszystko. Od efektu cieplarnianego, po ginięcie gatunków, jednak zmiany są równe z odstawieniem używki, z ograniczeniem rozwoju cywilizacji. Zapewne teraz, czytając to, mój czytelniku, też to bagatelizujesz, ale zastanów się, co w tej chwili tobą kieruje? Chciwość wygody? Czy zdrowy rozsądek? Nie myśl o mnie, że podburzam przeciw rozwojowi, bo tak nie jest. Rozwój, prowadzi do przyszłości, lepszego życia, naprawienia świata. Moim zdaniem nasze ćpuństwo nie ma przyszłości, będziemy wszyscy ćpać ile wlezie aż zrozumiemy, że narkotyk wypalił nam organizm. Narkomani z ulicy, biorący heroinę i inne świństwa, mają jednak szansę, że kiedyś, kiedy przeholują, przyleci pogotowie i zastrzykiem adrenaliny da im drugą szansę do życia, mimo iż będzie o wiele gorsze niż przed zażywaniem. Myślicie, że gdy wyczerpiemy do reszty zasoby naszego świata dla czystej wygody i przyjemności z łatwiejszego życia, i upadniemy błagając o drugą szansę będziemy topić się w własnych toksynach, ktoś przyjdzie i pomoże nam wstać sadząc od nowa lasy tropikalne i ożywiając wybite zwierzęta? Myślę że nie. Utopimy się we własnych rzygach i w ciągu kilkudziesięciu lat zakończymy procesy ewolucyjne planety ziemi, trwające wcześniej jakieś 3,5 mld lat. To – rzecz jasna – nie nastąpi jutro, ani za rok, możliwe że nawet nie w ciągu najbliższego stulecia, czy tysiąclecia, ale nastąpi. Dotknie waszych prawnuków i ich potomków, płaczących na łożu śmierci za tym, aby postawić się w waszych czasach i powiedzieć „NIE” – chciwości i egoizmowi gatunku homo sapiens. Macie jedną z ostatnich szans aby tego uniknąć, ze światem nie będzie już lepiej, ale możemy sprawić, żeby nie było gorzej. Wszystko zależy od was, wszystko zależy od ciebie. Wszystko zależy od tego, czy następnym razem wyrzucając do śmieci plastikową butelkę albo ścinając drzewo, nie pomyślisz jakie to może mieć konsekwencje. Wszystko zależy od tego, czy zdecydujesz się ich uniknąć i im zapobiegać.
Gekon